piątek, 17 lutego 2017

Księga II — Rozdział VI: Plany



Jonathan

      Alice ciągle spała. Po podaniu jej ziołowego lekarstwa rana zaczęła się goić i została tylko mała, prawie niewidoczna, kreska. Z jednej strony miałem ochotę zrobić Charlotte krzywdę za to, co jej zrobiła, ale z drugiej całkiem cieszyłem się, że uniknę niewygodnej rozmowy. Mimo wszystko zmodyfikowanie wspomnień Alice i spółka z Dianą nie były najlepszymi decyzjami w moim życiu.
      Pomogłem ułożyć Jackowi poszkodowanych Strażników w normalnych pozycjach i podałem im eliksir słodkiego snu. Nie miałem zamiaru odejść dopóki nie byłbym pewny, że Alice może deportować się z Bieguna. Poza tym chciałem być przy tym jak się obudzi.
      Szkoda, że nie wiedziałem, czy ona tego chce.
      W międzyczasie zdążyłem przeczytać połowę pierwszej lepszej książki, która wydawała się mieć ciekawy tytuł.
      — Od kiedy czytasz szesnastowieczne romansidła? — Charlotte usiadła obok mnie, krzyżując nogi.
      Spojrzałem na okładkę. No dobra, Cena dziewictwa może i nie była najlepszym pomysłem.
      — Myślisz, że będzie zła? — westchnąłem, zerkając na Alice. Dziewczyna oddychała spokojnie, najwyraźniej nie mając zamiaru się budzić.
      — Pewnie tak — Charlotte wzruszyła ramionami. — Ale w obozie cały czas potrafiła gadać tylko o tobie, odkąd dowiedziała się o misji ze Stellą. Nadal trzyma twoją bluzę pod poduszką i nawet niespecjalnie się zdziwiła, kiedy dowiedziała się ile masz lat. Chyba nadal cię lubi.

A ja nadal lubię ją.

      Moja siostra przeciągnęła się i powiedziała, że nie zamierza się przemęczać. Jack poszedł z nią na górę, pokazując pokoje, gdzie mogłaby się przespać, a ja zostałem sam z jakimś podrzędnym romansem napisanym po starofrancusku.
      Odrzuciłem książkę w kąt, nie zawracając sobie głowy tym, że okładka po prostu odpadła. Potarłem oczy i położyłem głowę na sofie, obok ręki Alice. Poczułem się jakbym naprawdę miał prawie tysiąc lat i zamknąłem oczy. Chciało mi się spać, naprawdę.
      Kiedy byłem już na pograniczu snu i świadomości poczułem, jak ktoś głaszcze mnie po włosach. Nie ruszałem się, mając nadzieję, że to nie Jack lub Manny. Chociaż te palce były raczej drobne i delikatne.
      — Już nie udawaj, Karol.
      Otwarłem oczy i spojrzałem na uśmiechniętą Alice. Prawie nie zmieniła się od czasu, kiedy zniknęła.
      — Nie mam na imię Karol.
     — Może i nie, ale to śmiesznie brzmi — wyszeptała i zaczęła cicho chichotać.
     — Wcale nie — odpowiedziałem. — Wiesz, co śmiesznie brzmi? Kisońka.
     — Nawet nie próbuj tak na mnie mówić — dziewczyna zmarszczyła czoło. — Dobrze cię widzieć — podniosła się. Była bledsza niż zazwyczaj a ja znów poczułem się tak bardzo odpowiedzialny za jej stan i wszystko, co przeszła. Chciałem po prostu jej ulżyć, sprawić, żeby zapomniała o wszystkich przykrościach. Nie wiedziałem nawet, co powinienem jej powiedzieć. Po prostu niezręcznie się podniosłem i położyłem głowę na jej brzuchu, na co Alice zaśmiała się. Moja głowa unosiła się wraz z drżeniem.
       — Tęskniłem, wiesz?
      Drżenie nie ustawało, a ja spojrzałem na Alice. Płakała, patrząc na mnie i zasłaniając usta ręką.           Podniosłem się i położyłem obok niej.
      — Jesteś okropny, wiesz? — wyszlochała. — Mogłabym się obronić, ale nie, lepiej zmodyfikować mi wspomnienia.
      Westchnąłem. Nadzieja na to, że porozmawiamy później ulotniła się w jednej chwili.
      — Nie wiedzieliśmy, co może ci się stać. Przemiany były coraz... intensywniejsze, a ja pamiętałem coraz mniej. Któregoś razu obstawiliśmy z Charlotte zatracenie, dlatego to zrobiłem. Wolałbym, żebyś nie musiała przechodzić czegoś okropnego przeze mnie — skończyłem, nie patrząc na nią.
      Zapadła niezręczna cisza.
      — Więc co tak naprawdę się stało?
      — Diana zgodziła się udawać, że coś między nami zaszło. Podczas snu Charlotte zmodyfikowała ci wspomnienia, a ja odszedłem. Kiedy wróciłem, was już nie było — westchnąłem. — Szukałem cię.
      Wraz z tymi słowami skończyła się nasza rozmowa. Reszta była tylko słonymi łzami, pojedynczymi westchnieniami, i jednym, delikatnym pocałunkiem.



Jack

      Uznanie, że powrót do Hogwartu po wakacjach był trudny to niedopowiedzenie. Połączenie nauki z pracą Strażnika było istną katorgą. Po miesiącu miałem serdecznie dosyć, a naprawdę nie chciałem myśleć o tym, co zrobię przed egzaminami. Moje rozmowy z Elsą ograniczyły się do wymieniania krótkich „cześć” na korytarzu. Od tamtej pory sam musiałem radzić sobie z zadaniami domowymi i wypracowaniami na obronę przed czarną magią, co naprawdę nie było przyjemnym zajęciem. Nadal śledziłem Elsę, ale dziewczyna nie robiła nic, co wzbudziłoby moje podejrzenia. Uczyła się dobrze, nauczyciele ją chwalili. Nic, co wzbudzałoby moje podejrzenia.
Chociaż czasami się zdradzała. Nerwowe spojrzenia, drżenie rąk podczas rozmowy. Szybko się rozstawaliśmy. Wszystko wskazywało na to, że nasza znajomość nieuchronnie zbliża się ku końcowi. Yato i Yukine nam nie pomogli – to pazerne bóstwo tylko wzięło pieniądze i się ulotniło, nie dostarczając mi żadnych konkretnych informacji.
      Nadzieja na to, że czegoś się dowiem, pojawiła się dopiero w Noc Duchów.
      Wchodząc na ucztę do Wielkiej Sali, teraz przystrojonej świecącymi dyniami i nietoperzami latającymi nad głowami uczniów, zauważyłem, że przy stoliku Ravenclawu nie ma Elsy. Podchwyciłem spojrzenie Roszpunki, unosząc brew w zdziwieniu. Dziewczyna wzruszyła ramionami, a mi pozostało jedynie poczekać, aż uczta zacznie się na dobre, a ja będę mógł wymknąć się w ogólnym rozgardiaszu.
     Znalazłem Elsę w opuszczonej łazience dziewcząt na drugim piętrze. Rozmawiała z kimś, ale nie potrafiłem rozróżnić słów. Stałem za daleko, dlatego po prostu czekałem na rozwój wypadków, jak prawie zawsze od dłuższego czasu. Rozmowa szybko ucichła, a ja wszedłem ostrożnie do łazienki z różdżką i mocami w gotowości.
      To, co zastałem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.
      Elsa opierała głowę o pęknięte lustro, cicho szlochając. Dopiero teraz zobaczyłem, że szata wisiała na niej, a skóra dziewczyny była bledsza niż zazwyczaj. Niezdrowe cienie pod oczami świadczyły o niewyspaniu, włosy splątane w niedbałego warkocza Elsa zagarnęła za ucho.
      Kiedy zobaczyła mnie w lustrze, wyglądała nie na zdziwioną, ale całkowicie przestraszoną i bezradną. Pociągnęła nosem dwa razy i wierzchem dłoni otarła łzy.
      — Długo tutaj jesteś? — zapytała cicho.
      — Jakąś chwilę. Z kim rozmawiałaś?
      W odpowiedzi Elsa rozpłakała się jeszcze bardziej.
       I wtedy zaczęła opowiadać. Nie zrozumiałem wszystkich słów. Może to i dobrze. Już i tak byłem wystarczająco zdenerwowany.

***

      — Więc chcesz powiedzieć, że Elsa zawarła umowę z Fancy, która pozwoliłaby jej przetrwać próbę?
      Kiwnąłem głową, zerkając na prawie drzemiąca Alice opartą o Jonathana. Siedziałem na dachu jednej z północnych wież Hogwartu. Księżyc w pełni odbijał się w falującej wodzie, a trawy rosnące na brzegu jeziora kołysały się spokojnie, jakby były poza wszystkimi ważnymi sprawami, które właśnie omawialiśmy.
      — Przecież mogła zwrócić się z tym do nas — odpowiedziała Alice, unosząc głowę. Przeszedł ją dreszcz, bo temperatury w nocy dochodziły do pierwszych poniżej zera. Mimo to uznaliśmy, że jedna z wież, którą uprzednio zabezpieczył Jonathan, będzie najlepszym miejscem rozmów.
      — Mówiła, że bała się naszej reakcji.
      — Nie pomożemy przejść jej przez Próbę — Jonathan pokręcił głową. — Nie mamy środków, aby ją unieważnić. Przed całym przedsięwzięciem będzie trzymana przez tydzień w odizolowaniu. Nie ma takich zaklęć, które działałyby dłużej niż ten czas. Poza tym będzie poddana wszystkim kontrolom. Nie damy rady — Jonathan przeczesał włosy ręką. Powstrzymałem się od mocno cenzuralnego wywodu i spojrzałem w stronę jeziora. Skoro Jonathan nie potrafił niczego zrobić, ja mogłem obmyślić jakiś plan.
      Całkiem porządny plan.


***

     Od czasu spotkania w łazience rozmawiałem z Elsą coraz częściej. Szukaliśmy sposobów na to, żeby zaistniał jakikolwiek cień szansy na to, że uda nam się przetrwać. Dziewczyna obiecała mi, że już więcej nie skontaktuje się z Fancy. Może i byłem głupi (byłem, naprawdę), ale postanowiłem jej zaufać. Wszystko wskazywało na to, że damy sobie jakoś radę. Jonathan i Alice pojawiali się i znikali, a my, podczas coraz zimniejszych nocy, wymykaliśmy się do opuszczonych sal i tam trenowaliśmy. W zasadzie znaczyło to, że Elsa próbowała coraz to nowszych i niebezpiecznych zaklęć, które mogłyby pomóc jej przetrwać. I wszystko to nie było takie złe.
      Święta minęły nam ze spokojem, a poza tym znów wracaliśmy do zwykłych relacji. Merida, ja i John siadaliśmy przy stoliku Ravenclawu i rozmawialiśmy jak gdyby nigdy nic. Thomas nawet już się do nas nie odzywał, nie licząc krótkiego „cześć” kiedy mijaliśmy się na korytarzu. Ale mimo to nie odczuwałem jakiegoś specjalnego zakłopotania. Skoro nas zdradził, to wolałem trzymać się od niego z daleka. Strażnicy niczego nie podejrzewali, co było mi na rękę. Manny mógł okazać się całkiem sporym problemem, ale jakoś nie miałem ochoty o tym myśleć. Wszystko układało się po mojej myśli, chociaż tylko czekałem, żeby coś się zepsuło.
      Nadeszła wiosna. Treningi quidditcha były męczące, ale traktowałem je jako odskocznię od całego zamieszania związanego z Próbą. Nowa miotła, którą dostałem pod choinkę, sprawowała się świetnie. Przygotowywanie się do SUM–ów nie było dość ciężkie, ale jakoś dałem radę przebrnąć przez egzaminy.
      Siedzieliśmy oparci o jedną z wierzb rosnących nad jeziorem. Do Próby zostały dwa tygodnie, a ja coraz bardziej się stresowałem. Za siedem dni Elsa miała zostać zabrana na przesłuchania, kontrole i inne pierdoły. Poprosiła nas jednak o to, żebyśmy nie wspominali o tym, co ją czeka ani słowem.
      — Wolę o tym teraz nie myśleć. Przynajmniej mogę spędzić trochę czasu z wami.
      Dławiło mnie w gardle, kiedy uświadomiłem sobie, że może to nasze ostatnie wspólne chwile.
      — No tak, jak zjedzą cię jakieś straszliwe chimery, to przywłaszczam sobie prawo do przeczytania twojego pamiętnika z dzieciństwa.
      Spojrzałem na Meridę karcąco. Zapadła niezręczna cisza, której żadne z nas nie śmiało przerwać.
      W podobnym nastroju przeżyliśmy resztę czasu.
      Kiedy zabrali Elsę, miałem tylko jedno wyjście. Ściskając zmieniacz czasu w dłoni, siedziałem na wieży, czekając na pojawienie się jedynej osoby, która była zdolna nam pomóc.
      Fancy zjawiła się punktualnie.



***

Ja nie wiem, co z tym rozdziałem, ale wydaje mi się być krótki i taki mocno opisowy. Ale spoko, to chyba przedostatni z Księgi II. Jakoś to pójdzie, bo następna będzie próba. 
*W Księdzie III Jelsa OMG*

Dobra, kocham Was i ładnie poproszę chociaż o kropki mocy. 
Dziękuję ^^

Hentai x
Siva Internetowy Spis